Królowa Bona: „Ty, ty, któryś biskupstwo kupił!”. Biskup Zebrzydowski: „Bo przedajne było!”.

Miał rację biskup Zebrzydowski, bo biskupstwa od zawsze były „przedajne” (łącznie z najważniejszym, rzymskim). Handlowano zresztą nie tylko biskupstwami, ale też dyspensami, prawami do „nagród” (czyli łapówek), urządzano lichwę ze świętopietrza, opłacano klątwy (nawet papieskie), czy wreszcie wykupywano przyszłe grzechy (te, które dopiero miano zamiar popełnić). W Kościele wszystko było na sprzedaż, a najbardziej stanowiska książąt kościoła, tych, co to krzyże noszą bez Chrystusa - to puste miejsce jest, podobno, zarezerwowane dla nich – ot, ironia:)

Sławny arcybiskup Świnka został swego czasu ekskomunikowany przez papieskiego legata Gentillisa za niezapłacenie kwoty tysiąca grzywien (na utrzymanie świty legata) i pozostawał pod klątwą przez pół roku, aż do jej wykupienia (ksiądz Władysław Karasiewicz, "Jakub II Świnka, arcybiskup gnieźnieński").

Inny arcybiskup gnieźnieński, Jarosław Bogoria Skotnicki, zapłacił sto czerwonych złotych za własną promocję arcybiskupią oraz za dyspensę od „gwałtów popełnionych przy sporach o dobra dziedziczne”, a za pobieranie łapówek papież Jan XXII rozgrzeszył go suspendując w zamian z pobierania dochodów z posiadanych prebend (przekazując je do skarbu papieskiego).

Skotnicki był też obłożony ekskomuniką (uprawianie lichwy z zebranego świętopietrza), za której zdjęcie musiał oczywiście papieżowi zapłacić. (Ksiądz J. Korytkowski, "Jarosław Bogorya Skotnicki, arcybiskup gnieźnieński")

Siostrzeniec Skotnickiego, arcybiskup Suchywilk, był człowie­kiem "hołdującym namiętnościom i chuciom cielesnym", a gdy zakończył życie"skarbiec i wszystek sprzęt domowy arcybiskupa rozerwali natychmiast jego synowcowie, bracia i krewni, w znacznej liczbie na dworze goszczący, którym rzeczony arcybiskup, ze zbytniego ku nim przywiązania, porozdawał w zarząd wiele zamków do kościoła gnieźnień­skiego należących" (Długosz).

Biskup krakowski, Zawisza z Kurozwęk, był człowie­kiem "światowym więcej sprawom niż kościołowi służącym i do cielesnych uciech skłonnym", a zmarł "spadłszy z drabiny", po której wspinał się nocą do kochanki (Kronika Janka z Czarnkowa).

Sławny „krwawy wilk z pastorałem”, czyli biskup Muskata, był jawnym zdrajcą słynącym na dodatek ze zlecania morderstw i nieustannych grabieży (Tomasz Pietras - "Krwawy wilk z pastorałem. Biskup krakowski Jan zwany Muskatą”)

Godności biskupie zapewniały nie tylko życie w przepychu, ale też niemal całkowitą bezkarność, niezależnie od popełnianych przezeń zbrodni i osiągniętego stopnia łotrostwa. Biskupi nie bali się książąt i królów, dlatego stolec biskupi był niezwykle pożądany i co za tym idzie drogi.

Od czasu papieża Klemensa V (bulla „Si sacrosancta” z 1306 roku) próbowano handel biskupstwami ująć w papieskie karby – wymyślono annaty, czyli papieskie prawa do jednorocznych dochodów z beneficjów. Papież nie zatwierdził żadnej nominacji biskupa czy opata, zanim nie dostał pieniędzy. Spowodowało to interesujące zjawisko – częste zmiany na stołkach kościelnych. Każdy awans to annaty, każda zwalniana diecezja to kolejne annaty od następców. Stąd wielu biskupów obejmowało w swoim życiu ciągle nowe diecezje.

Do tego czasu w Polsce obowiązywała kodyfikacja gnieźnieńska (1296-1298) arcybiskupa Jakuba Świnki. Po śmierci posiadacza beneficjum jednoroczne dochody przeznaczano na pokrycie jego długów, koszty pogrzebu i utrzymanie wikariusza Kościoła.

Walka o wprowadzenie annat papieskich (gdzie pierwszoroczne dochody były zarezerwowane dla papieża), trwała aż do pontyfikatu Klemensa VI i objęła także Polskę w 1342 roku. Obdarowani godnościami biskupimi wpłacali dochód jednego roku ze swojego uposażenia w całości do kasy papieskiej, nie dzieląc go już z kolegium kardynalskim.

Z polskich biskupstw najwyższe wpłacało arcybiskupstwo gnieźnieńskie – 5 tys. florenów, biskupstwo wrocławskie 4 tys. florenów, krakowskie 3 tys. florenów, a inne od kilkuset do 2 tys. florenów. Te pieniądze oczywiście nie były transferowane z Nieba, tylko biskupi wyciskali je ze swoich poddanych.

Dla porównania – papież Klemens VI za całe miasto Awinion zapłacił 80 tys. florenów, za 4 tys. florenów można było kupić nawet tysiąc dobrych koni.

Stolica Apostolska ściągając pieniądze z różnych krajów musiała dokonać wymiany na taką monetę, która miała obieg na całym świecie. Od początków XIV w. taka walutą stał się floren. Tu także poszukano oszczędności i rozpoczęto bicie florena papieskiego, a nawet zaczęto to robić bezpośrednio w Awinionie, stolicy papieskiej na czas tzw. niewoli awiniońskiej. Oczywiście zebrane kwoty annat musiały być wymienione na floreny, co gwarantowało dodatkowy zysk (można to określić jako wczesny spread:)

Aby zabezpieczyć operacje ściągania pieniędzy, z czasem zaczęto przechodzić też na system wekslowy. Zanim zdołano zebrać pełną sumę, oddawano częściowe kwoty w depozyt osobom zamożnym, zwykle kupcom. Ci przez jakiś czas używali ich do własnych celów, po czym byli zobowiązani zwrócić je bankierom papieskim (zazwyczaj uiszczając odpowiednią opłatę). Jak widać, kościół nie tylko bezlitośnie wyciskał pieniądze z kogo się da, ale też potrafił sprawnie nimi obracać. Mimo tego nie ponosił żadnych kosztów z tych operacji.

Aż do czasów rewolucji francuskiej w całej Europie duchowieństwo zachowywało pełne prawa wolności podatkowej. Był to tzw. immunitet podatkowy (privilegium immunitatis), zabraniający poborcom podatkowym wkraczania na „dobra immunizowane". W ten sposób Kościół nie tylko niczego nie wnosił w rozwój kraju, ale też, im bardziej powiększał swe dobra, tym kraj ubożał. Z czysto ekonomicznego punktu widzenia, instytucja Kościoła zawsze pełniła rolę pasożyta.

Ciekawa stronka:

http://www.arekbednarczyk.republika.pl/annaty.shtml